Pamiętam, jak kiedyś na rodzinnym obiedzie ciocia zapytała mnie, o czym właściwie jest mój doktorat. Pełen entuzjazmu, zacząłem opowiadać o niuansach metodologicznych, o luce badawczej, którą zidentyfikowałem, o teoretycznych implikacjach moich wstępnych wyników. Po pięciu minutach w jej oczach zobaczyłem tę samą uprzejmą pustkę, którą widuję u studentów na wykładzie o dziewiątej rano. Uśmiechnęła się i powiedziała: „To bardzo ciekawe, kochanie”, po czym zmieniła temat na pogodę.
Tydzień później wysłałem fragment tej samej pracy na konferencję. Recenzent w odpowiedzi napisał, że mój dyskurs jest „hermetyczny”, aparat krytyczny „niewystarczająco rozbudowany”, a wnioski „wymagają dalszej falsyfikacji”.
Wtedy mnie olśniło. Mówiłem o tym samym, ale jakby w dwóch różnych językach. I zdałem sobie sprawę, że to napięcie – między językiem nauki a językiem opowieści – to nie jest problem. To jest temat. I to cholernie dobry temat na innowacyjny, ważny doktorat.
Dwa światy, dwa języki: szyfrogram kontra historia
Zanim pójdziemy dalej, musimy zrozumieć, z czym mamy do czynienia. Wielu ludzi, nawet na początku drogi naukowej, myli artykuł naukowy z publicystycznym. To jak pomylić skalpel z nożem do chleba. Oba tną, ale służą do czegoś zupełnie innego i używanie ich zamiennie kończy się katastrofą.
Artykuł naukowy to w gruncie rzeczy szyfrogram dla wtajemniczonych. Jego celem nie jest bycie ciekawym. Jego celem jest bycie poprawnym. To język-forteca, zbudowany z precyzyjnej terminologii, rygorystycznej struktury (IMRaD i te sprawy) i muru cytowań, który ma chronić przed atakami innych badaczy. Emocje są tu jak błąd w kodzie. Subiektywizm jest grzechem. Piszesz dla garstki ludzi na świecie, którzy są w stanie zrozumieć, o czym w ogóle mówisz. I jedyne, co się liczy, to czy twój wkład w ten malutki wycinek wiedzy jest solidny i możliwy do zweryfikowania.
Artykuł publicystyczny (nawet ten popularnonaukowy) to zupełnie inna bestia. To opowieść. Jej celem jest złapanie czytelnika za gardło i niepuszczenie go aż do ostatniego zdania. Tu rządzi metafora, anegdota, storytelling. Język ma być obrazowy, przystępny. Zamiast surowych danych dajesz przykłady z życia. Twoim celem nie jest udowodnienie tezy z matematyczną precyzją, ale wzbudzenie zainteresowania, wyjaśnienie skomplikowanego świata i, nie oszukujmy się, zdobycie jak największej liczby kliknięć.
Gdzie jest złoto? Czyli o czym tu można napisać doktorat.
No dobrze, ale samo opisanie tych różnic to materiał na pracę magisterską, a nie doktorat. Prawdziwe złoto leży na styku tych dwóch światów. Tam, gdzie wiedza jest „tłumaczona”, przekształcana, a czasem – deformowana.
- Jak teoria strun staje się clickbaitem? To fascynujący temat na analizę dyskursu. Bierzesz na warsztat jedno, konkretne odkrycie naukowe – z genetyki, fizyki kwantowej, socjologii, cokolwiek. A potem śledzisz jego podróż. Patrzysz, jak z suchego, naukowego artykułu zmienia się w newsa na popularnym portalu. Co zostaje uproszczone? Co wyolbrzymione? Jakich metafor używają dziennikarze, żeby wyjaśnić czarną dziurę albo edycję genów? Jak media „ramkują” to odkrycie – jako cudowny lek na raka, śmiertelne zagrożenie, a może po prostu jako ciekawostkę? To praca, która pokazuje, jak społeczeństwo myśli o nauce.
- „Efekt Sagana”, czyli czy naukowiec-celebryta to wciąż naukowiec? Jak środowisko akademickie traktuje swoich kolegów, którzy brykają po mediach? Czy popularność na YouTubie albo regularne występy w telewizji śniadaniowej pomagają w karierze naukowej, czy wręcz przeciwnie – przypinają łatkę „niepoważnego”? Można tu połączyć analizę wskaźników cytowań (scientometrię) z wywiadami z naukowcami. Gwarantuję, że usłyszycie historie pełne zazdrości, podziwu i gorzkich refleksji na temat tego, co w nauce naprawdę się liczy.
- Jak news o topniejących lodowcach przekłada się na miliony złotych w grantach? To temat z pogranicza socjologii i politologii. Media kształtują opinię publiczną, a opinia publiczna (i politycy) decyduje, na co idą pieniądze. Można zbadać, jak medialny szum wokół sztucznej inteligencji, pandemii czy zmian klimatycznych wpływa na priorytety agencji grantowych. To praca o pieniądzach i władzy w świecie nauki, czyli o tym, o czym rzadko mówi się głośno.
Doktorat, który jest manifestem
Myślę, że podjęcie takiego tematu to coś więcej niż tylko pomysł na dysertację. W czasach, gdy autorytet nauki jest podważany na każdym kroku, a granica między faktem a fejkiem się zaciera, taki doktorat staje się manifestem. Manifestem świadomości, odpowiedzialności i krytycznego myślenia.
To praca, która nie tylko wnosi coś do teorii komunikacji, ale też uczy ciebie samego, jak być lepszym, bardziej świadomym naukowem. Jak mówić o swojej pracy tak, by ciocia na imieninach zrozumiała, a recenzent na konferencji nie zarzucił ci banału. To cholernie trudne. Ale chyba właśnie na tym polega dziś rola człowieka nauki.
Droga do tak innowacyjnej rozprawy bywa jednak skomplikowana. Wymaga poruszania się na styku różnych dziedzin i metodologii. To wyzwanie, w którym profesjonalne wsparcie może okazać się bezcenne.